Burmistrz Koko przegrał sprawę, więc podważa status dziennikarza i unika odpowiedzi
Przypomnijmy: 25 lipca 2025 roku Samorządowe Kolegium Odwoławcze w Jeleniej Górze uchyliło w całości decyzję Burmistrza Gryfowa Śląskiego o odmowie udostępnienia informacji publicznej, wydaną wobec moich sześciu wniosków złożonych w kwietniu. Kolegium jasno wskazało, że urząd nie przedstawił żadnych merytorycznych argumentów, nie wykazał, dlaczego informacje miałyby mieć charakter przetworzony, i nie podjął żadnej próby dialogu.
W uzasadnieniu SKO czytamy:
„Brak przedstawienia w treści decyzji tego rodzaju argumentacji świadczy o niewykazaniu przez organ pierwszej instancji podstaw do przyjęcia, że w sprawie mamy do czynienia z informacją publiczną przetworzoną.”
Na końcu SKO zauważa, że:
„Prasa w powyższym zakresie nie korzysta z regulacji innych niż te, które dotyczą ogółu społeczeństwa, a przy tym wnioskodawca musi udokumentować, że działa w imieniu prasy stosownym dokumentem, że jest dziennikarzem.”
(fragment decyzji SKO)
To ogólna uwaga prawna, a nie nakaz skierowany do mnie. SKO nie zażądało ode mnie żadnych dokumentów – jedynie przypomniało, że dziennikarz może być zobowiązany do potwierdzenia swojego statusu, ale wyłącznie tam, gdzie ma to znaczenie. A w sprawie dostępu do informacji publicznej – zgodnie z prawem – dziennikarz i każdy obywatel mają dokładnie takie same uprawnienia.
Tymczasem urząd potraktował ten ogólny fragment jako pretekst, by zamiast rozpoznać sprawę merytorycznie, zażądać ode mnie dowodu, że jestem dziennikarzem – mimo że mój status jest publiczny, udokumentowany, zarejestrowany w sądzie i znany burmistrzowi od lat. To działanie sprawia wrażenie próby odwetu i unikania odpowiedzi, do której urząd został zobowiązany.
W piśmie z 31 lipca 2025 r., podpisanym przez Burmistrza Gminy i Miasta Gryfów Śląski, czytam m.in.:
„W związku z decyzją Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Jeleniej Górze z dnia 25 lipca 2025 r., sygn. SKO.IP/41/38/25, wzywam Pana do wykazania, że jest Pan dziennikarzem, zgodnie z art. 7 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe (Dz.U. z 2018 r. poz. 1914) oraz art. 20 tejże ustawy.”
„Na podstawie ww. przepisów dziennikarz obowiązany jest do okazania legitymacji prasowej lub innego dokumentu potwierdzającego jego tożsamość i fakt wykonywania zawodu dziennikarza. W przypadku nieprzedstawienia w ciągu 7 dni stosownych dokumentów, organ uzna, iż nie jest Pan dziennikarzem w rozumieniu ustawy.”
Tak sformułowane żądanie — mimo że nie wynika bezpośrednio z decyzji SKO — jest więc postawione w sposób kategoryczny: jeśli nie przedstawię dowodu, urząd sam uzna, że dziennikarzem nie jestem.
Zdumiewające żądanie
Tego typu działanie, abstrahując od jego absurdalnego charakteru, ma wyłącznie charakter formalny i, jak łatwo się domyślić, nie służy rozwiązaniu sprawy – raczej jej odwleczeniu, rozmyciu i stworzeniu atmosfery nacisku.
Zdumiewające jest jednak to, że od ponad trzech lat istnienia portalu Lwowek24.pl pełnię funkcję jego redaktora naczelnego – i to nie anonimowo. Portal posiada nadany przez sąd numer rejestrowy w Rejestrze Dzienników i Czasopism, ma numer ISSN, a pod każdą publikacją znajduje się informacja o tym, że to ja odpowiadam za jego treść.
Co więcej, moja obecność jako redaktora naczelnego jest znana władzom Gryfowa od dawna. Wspólnie z burmistrzem brałem udział w niejednym wydarzeniu publicznym, relacjonowałem ich przebieg, publikowałem materiały prasowe. Nigdy wcześniej nie pojawiły się żadne wątpliwości, kim jestem ani kogo reprezentuję. Co więcej, moje dane jako redaktora naczelnego można zweryfikować publicznie, wpisując numer ISSN gazety na stronie Biblioteki Narodowej.
W tej sytuacji wysyłanie do mnie pisma z żądaniem „wykazania, że jestem dziennikarzem” trudno odczytywać inaczej niż jako próbę administracyjnego odwetu za to, że skorzystałem z przysługującego mi prawa do informacji – i, co ważniejsze, że wygrałem sprawę z burmistrzem przed niezależnym organem.
Komentarz zastępczyni burmistrza
Po publikacji artykułu informującego o decyzji SKO, głos publicznie zabrała zastępczyni burmistrza Bożena Pawłowicz. W komentarzu opublikowanym w mediach społecznościowych napisała:
„Brak umiejętności czytania ze zrozumieniem nie najlepiej świadczy o dziennikarzu, ale zakładam, że czytający zrozumieją.”
Pomijając formę tej wypowiedzi i fakt, że została później usunięta po mojej prośbie o jej uzasadnienie lub przeprosiny, zwracam uwagę na jedno: w komentarzu tym zastępczyni burmistrza jednoznacznie uznaje mnie za dziennikarza, co całkowicie przeczy treści późniejszego pisma jej przełożonego. Ta wewnętrzna niespójność w narracji urzędu tylko pogłębia wrażenie, że nie chodzi tu o fakty, lecz o stworzenie trudności i atmosfery nacisku wobec dziennikarza, który zadaje pytania niewygodne dla władzy.
Próba zastraszenia czy zwykła administracyjna obstrukcja?
Niezależnie od intencji, forma jest istotna. Władza, która po przegranej sprawie nie podejmuje działań zmierzających do naprawy błędów, lecz wysyła pisma, których treść nie ma oparcia ani w faktach, ani w logice, ani w prawie – pokazuje nie tylko słabość, ale też niebezpieczną tendencję do uciszania mediów poprzez formalne przepychanki.
Jako dziennikarz nie jestem nadzwyczajnie uprzywilejowany – ale też nie potrzebuję zgody burmistrza na to, by pisać, pytać i korzystać z ustawowego prawa do informacji. Jeśli jedyną odpowiedzią na legalne działania dziennikarskie jest tworzenie przeszkód, to trudno nie zadać pytania: czy mamy do czynienia jeszcze z jawnością, czy już z patologią władzy?
Nie zamierzam tego zostawiać bez odpowiedzi.
Dziennikarzem jest ten, kogo rozumiemy za dziennikarza. Niewygodni precz! My rozumiemy, że jesteście hienami dziennikarskimi. (prawo będziemy stosować tak jak je rozumiemy).