Wywiad z Panią Gertrudą Jakubowską, mieszkanką Olszyny od 1946 roku

Pani Gertruda Jakubowska przyjechała do Olszyny jako siedmioletnia dziewczynka w marcu 1946 roku. Jej wspomnienia przenoszą nas do pierwszych lat powojennej Olszyny – miejscowości, w której obok przybywających polskich rodzin wciąż mieszkali Niemcy, uruchamiano zakłady pracy, organizowano polskie szkolnictwo, a życie mieszkańców stopniowo nabierało nowego rytmu.
To opowieść o dzieciństwie, szkole, sąsiadach, dawnych sklepach i zakładach, basenie, zabawach oraz przyjaźniach polsko-niemieckich. Przede wszystkim jednak o Olszynie pełnej młodzieży, spotkań, potańcówek i ludzi, którzy – jak wspomina Pani Gertruda – potrafili być dla siebie niezwykle życzliwi.
Pani Gertrudo, kiedy i w jakich okolicznościach znalazła się Pani w Olszynie?
Mój tata był wojskowym i otrzymał możliwość przyjazdu na Ziemie Odzyskane. Mógł tutaj przyjechać i wybrać dom, w którym zamieszkamy. Przyjechaliśmy razem z rodziną Kasprzyków, którzy później zostali naszymi sąsiadami.
Podróżowaliśmy wagonem towarowym. W tamtych czasach ludzie zabierali ze sobą praktycznie wszystko, co posiadali. Jechaliśmy razem z całym naszym dobytkiem, ale również ze zwierzętami – były tam kury, kozy i inne zwierzęta gospodarskie. Na środku wagonu stał niewielki piecyk, tak zwana „koza”, który służył nam do ogrzewania się podczas podróży. Proszę sobie wyobrazić, jak to wszystko wyglądało. Ludzie, bagaże, zwierzęta i ten piecyk pośrodku wagonu.
Podróż trwała bardzo długo. Najwięcej czasu spędziliśmy, czekając w Lubaniu. Infrastruktura kolejowa była po wojnie zniszczona i nie można było normalnie przejechać. W końcu nasz wagon podłączono do składu i przywieziono nas do Olszyny. To był marzec 1946 roku. Miałam wtedy siedem lat.
Czy pamięta Pani swój pierwszy dom w Olszynie?
Tak, oczywiście. Zamieszkaliśmy i mieszkamy do dnia dzisiejszego przy obecnej ulicy Legnickiej 44. Kiedy przyjechaliśmy, w domu nadal mieszkali Niemcy. Niemiecki właściciel zajmował górną część budynku. Później przeniósł się do pokoju z kuchnią, a pozostałą część domu przekazał naszej rodzinie, ponieważ mieliśmy już prawo do jego zajęcia.
W budynku mieszkali również inni niemieccy lokatorzy. Z czasem stopniowo wyjeżdżali z Olszyny.
To były naprawdę szczególne czasy. Przyjeżdżały polskie rodziny, ale w wielu domach nadal mieszkali ich dotychczasowi niemieccy mieszkańcy.
Miała Pani zaledwie siedem lat. Tutaj rozpoczęła Pani naukę?
Tak. W Olszynie poszłam do pierwszej klasy. W tamtych czasach szkoły mieściły się w kilku budynkach. W jednym uczyły się młodsze dzieci, w innym starsze roczniki. Pamiętam, że do jednej ze szkół jeździłam razem z bratem rowerem. Wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Inne były budynki, drogi i warunki, w jakich się uczyliśmy.
Historia olszyńskich szkół jest szczególnie ciekawa. Jak zmieniały się ich siedziby?
W pierwszych powojennych latach szkoły funkcjonowały w różnych budynkach. Jednym z nich był dawny pałac, który w latach sześćdziesiątych uległ pożarowi. Przy obecnej ulicy Asnyka działało Gimnazjum, a później Szkoła Podstawowa nr 1, popularna „Jedynka”. Z kolei przy dzisiejszej ulicy Legnickiej 1 funkcjonowała Szkoła Przysposobienia Zawodowego. Szkoła Podstawowa nr 3 została natomiast przeniesiona do budynku przy obecnej ulicy Wolności 17. Olszyna miała wówczas naprawdę dużo młodzieży. Szczególnie widoczni byli uczniowie szkół zawodowych, którzy przyjeżdżali tutaj również z innych miejscowości.
Od autora: Powyższe informacje o placówkach szkolnych stanowią uzupełnienie historyczne rozmowy. Dokładna chronologia zmian siedzib i nazw szkół wymaga dalszego udokumentowania.
Jak zapamiętała Pani Olszynę z pierwszych lat po wojnie?
Byłam wtedy dzieckiem, więc pierwszych chwil po przyjeździe nie pamiętam już tak dokładnie. Ale Olszynę z kolejnych lat wspominam bardzo dobrze. To była naprawdę ładna miejscowość.
W pierwszych latach po wojnie, kiedy w Olszynie nadal mieszkało wielu Niemców, funkcjonowały tutaj dwa kościoły.
Do tego starszego, czyli kościoła pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, uczęszczali katolicy, w większości Polacy. Natomiast kościół pw. św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny służył wówczas ewangelikom, przede wszystkim niemieckim mieszkańcom Olszyny. Pamiętam również działające zakłady pracy, szkoły, sklepy, młyn i basen. Olszyna była zadbana, było tutaj dużo życia. Naprawdę bardzo miło wspominam tamte lata.
Kiedy przyjechaliście, w Olszynie nadal mieszkało wielu Niemców?
Tak, bardzo wielu. Niemcy wyjeżdżali stopniowo, przez kolejne lata. Kiedy przyjechaliśmy do naszego domu, jego niemieccy mieszkańcy nadal tam byli. Takich sytuacji było w Olszynie więcej. Część Niemców pozostawała również dlatego, że byli fachowcami potrzebnymi w zakładach pracy. Znali maszyny, wiedzieli, jak je obsługiwać i naprawiać. Polacy, którzy tutaj przyjeżdżali, musieli się od nich wielu rzeczy nauczyć.
Pamiętam też Niemkę ,,Krysię” Schmidt. Później pracowałyśmy razem w fabryce. Krysia bardzo długo mieszkała w Olszynie i świetnie nauczyła się języka polskiego. Nawet kiedy wyjechała już do Niemiec, nadal utrzymywałyśmy kontakt.
Jak wyglądały stosunki pomiędzy Polakami i Niemcami?
Ja wspominam je dobrze. Niemcy, których znałam, byli uprzejmi i uczynni. Pomagali nam. Nie mogę powiedzieć o nich nic złego, ponieważ osobiście nie doświadczyliśmy z ich strony wrogości. Pamiętam niemiecką rodzinę mieszkającą w naszym domu. Mieli córkę, która czasami zabierała mnie ze sobą do Ubocza. Tam również mieszkało jeszcze wtedy bardzo dużo Niemców. Niektórzy, przygotowując się do wyjazdu, zostawiali u znajomych różne rzeczy na przechowanie. Pamiętam między innymi porcelanę i inne przedmioty z domów. Oczywiście byłam wtedy dzieckiem i patrzyłam na wszystko trochę inaczej niż dorośli. Ale z mojego doświadczenia pamiętam, że potrafiliśmy normalnie żyć obok siebie.
Wspomniała Pani o ,,Krysi” Schmidt. Utrzymywałyście kontakt również po jej wyjeździe?
Tak. Krysia przez długi czas mieszkała w Olszynie i pracowała tutaj w fabryce. Później wyjechała do Niemiec. Pisałyśmy do siebie listy, bo przecież nie było wtedy takich możliwości komunikacji jak dzisiaj. Co ciekawe, korespondowałyśmy po polsku. Krysia bardzo dobrze nauczyła się naszego języka. Byłyśmy sobie na tyle bliskie, że otrzymaliśmy nawet zaproszenie na jej wesele. Niestety, w tamtych czasach wyjazd do Niemiec nie był taki prosty jak obecnie. To była naprawdę piękna znajomość, która przetrwała pomimo dzielącej nas później odległości.
Jak wyglądało codzienne życie mieszkańców Olszyny?
Dorośli pracowali, dzieci chodziły do szkoły, a w samej Olszynie działało bardzo dużo różnych zakładów, sklepów i punktów usługowych. Pamiętam piekarnię niedaleko naszego domu. Znajdowała się w miejscu, gdzie obecnie stoi budynek przy ulicy Legnickiej 45. Pieczywo było tam naprawdę bardzo dobre. Były też rzeźnie, w których można było kupić mięso i różne wyroby. W wielu miejscach funkcjonowały małe sklepy spożywcze. Olszyna wyglądała wtedy inaczej niż dzisiaj. Było dużo niewielkich zakładów i miejsc, do których mieszkańcy chodzili każdego dnia. Ludzie spotykali się przy okazji zakupów, pracy czy zwykłych codziennych spraw.
Czy pamięta Pani dawny młyn?
Oczywiście. W miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się apteka i duży budynek w jej pobliżu, funkcjonował młyn. Nie było tam wtedy mieszkań, tak jak obecnie. To był prawdziwy młyn.Pamiętam również wodę, która tam płynęła. Przez Olszynę prowadził strumień czy kanał, znacznie bardziej widoczny niż dzisiaj. Zresztą cała miejscowość wyglądała inaczej. Nie było wszędzie asfaltu i chodników. W wielu miejscach chodziło się zwykłymi drogami i ścieżkami.
Wypadek, awaria, coś, o czym powinniśmy napisać — wyślij nam zdjęcie albo krótki opis. Zajmuje to tylko 30 sekund. Zgłoś temat
Jak chodziła Pani do szkoły?
Pamiętam, że chodziłam między innymi wzdłuż rzeki. Były tam ścieżki, którymi normalnie się poruszaliśmy. Nie było takiej infrastruktury jak dzisiaj. Człowiek szedł po prostu drogą albo ścieżką. Dzisiaj, kiedy patrzę na Olszynę, widzę, jak bardzo wszystko się zmieniło.
Jak wspomina Pani dawny olszyński basen?
Bardzo dobrze! To było naprawdę wspaniałe miejsce. Na basenie skupiało się życie mieszkańców. Można było tam nie tylko popływać, ale również spotkać znajomych, posiedzieć czy pobawić się. Był bufet, odbywały się zabawy i potańcówki. Naprawdę świetnie się tam bawiliśmy. Człowiek mógł spędzić na basenie wiele godzin i wcale się nie nudził. Dzisiaj trudno sobie nawet wyobrazić, jak ważne było to miejsce dla mieszkańców Olszyny.
A jak wyglądało życie towarzyskie? Zabawy, potańcówki, festyny?
Och, zabawy były wspaniałe! Teraz ludzie już tak się nie bawią, jak myśmy się bawili. Naprawdę było gdzie chodzić. Zabawy organizowały zakłady pracy, szkoły, kluby sportowe i różne organizacje. Bawiliśmy się na basenie, w Lubartowiance, w Partyzancie, w szkole i w salach należących do zakładów pracy. Były też zabawy przebierane. Zakładaliśmy maski, przygotowywaliśmy stroje. Ludzie naprawdę potrafili się bawić. Sama pracowałam później w GS-ie i również organizowaliśmy różnego rodzaju imprezy. W Olszynie było dużo miejsc, gdzie można było się spotkać, potańczyć i po prostu miło spędzić czas.
Czy w Olszynie działało wtedy dużo organizacji sportowych?
Tak, sport był ważną częścią życia mieszkańców. Organizowano różne wydarzenia i zabawy sportowe. Pamiętam, że w jednej z sal w budynku znajdującym się na ulicy Legnickiej 24, znajdował się nawet ring bokserski. Funkcjonowała również strzelnica. Było sporo możliwości aktywnego spędzania czasu, a młodzieży przecież w Olszynie nie brakowało.
Którego z nieistniejących dzisiaj budynków najbardziej Pani żałuje?
Pałacu. Był naprawdę bardzo ładny. Później niestety się spalił. Pamiętam, że funkcjonował tam między innymi internat związany ze szkołą. Mieszkało w nim wielu chłopaków, którzy uczyli się zawodu. Często widywałam ich, kiedy szli grupami z jednej szkoły do drugiej. Było ich naprawdę dużo. Szkoda tego budynku. To był charakterystyczny obiekt dawnej Olszyny.
Wspomina Pani szkołę zawodową. Olszyna była wtedy miejscowością pełną młodych ludzi?
Oj tak! Młodzieży było bardzo dużo, szczególnie chłopców uczących się zawodu. Pamiętam, jak chodzili całymi grupami. Nawet się z nich czasami śmialiśmy i nazywaliśmy ich „drewnianym wojskiem”, bo byli związani ze szkołą stolarską i przemysłem drzewnym. To było takie nasze żartobliwe określenie. Olszyna naprawdę żyła szkołami, fabrykami i młodzieżą. Wszędzie było pełno ludzi.
Sama również rozpoczęła Pani później pracę. Jak to wyglądało?
Tak. Chodziłam do szkoły, ale w pewnym momencie musiałam przerwać naukę na dwa lata i pójść do pracy.
W domu było nas pięcioro dzieci. To były zupełnie inne czasy. Rodziców nie było na wszystko stać, dlatego musiałam rozpocząć pracę, żeby pomóc w utrzymaniu rodziny.
Takie wtedy było życie. Człowiek nie zawsze mógł robić to, co chciał. Czasami trzeba było po prostu pomóc rodzicom. Później pracowałam między innymi w fabryce. W pracy poznałam również swojego przyszłego męża, który był związany ze szkołą stolarską.
Gdyby miała Pani powiedzieć, czego dzisiejsi mieszkańcy Olszyny mogliby nauczyć się od pokolenia, które tworzyło ją po wojnie, co by to było?
Przede wszystkim tego, żeby być dla siebie bardziej życzliwym. Mam wrażenie, że kiedyś ludzie byli sobie bliżsi. Nie było tyle zazdrości i wrogości. Sąsiedzi pomagali sobie nawzajem, rozmawiali, spotykali się. Może właśnie dlatego, że życie było trudniejsze, ludzie bardziej rozumieli, jak ważna jest pomoc drugiego człowieka. Kiedy ktoś miał problem, zawsze można było liczyć na sąsiada czy znajomego. Takie relacje naprawdę wiele znaczyły.
Czyli gdyby mogła Pani przenieść jedną rzecz z tamtej Olszyny do dzisiejszej, byłyby to właśnie relacje między ludźmi?
Zdecydowanie tak. Wzajemna pomoc, przyjaźń i zwykła ludzka życzliwość. Ja sama do dzisiaj mam osoby, z którymi żyję dobrze od wielu, wielu lat. Nie kłócimy się, spotykamy się, siadamy razem przy kawie, rozmawiamy. I chyba właśnie o to chodzi. Żeby ludzie potrafili być dla siebie dobrzy.
OLSZYNA, KTÓRA ŻYŁA LUDŹMI
Wspomnienia Pani Gertrudy Jakubowskiej pozwalają spojrzeć na Olszynę oczami osoby, która przyjechała tutaj w pierwszych miesiącach po zakończeniu II wojny światowej i obserwowała, jak przez kolejne dziesięciolecia zmieniała się miejscowość oraz jej mieszkańcy.
To obraz Olszyny pełnej zakładów pracy, szkół, młodzieży, niewielkich sklepów, rzemieślników i miejsc spotkań. Olszyny, w której na basenie organizowano potańcówki, w salach odbywały się zabawy, a ulicami codziennie przemieszczali się pracownicy fabryk i uczniowie szkół zawodowych.
Szczególnie poruszające są wspomnienia z pierwszych powojennych lat, kiedy do Olszyny przyjeżdżały polskie rodziny, a w tych samych domach nadal mieszkali ich niemieccy właściciele i lokatorzy. Był to okres trudny, pełen niepewności i zmian, jednak w osobistej pamięci Pani Gertrudy szczególnie mocno zachowały się wzajemna pomoc, życzliwość i przyjaźnie, które potrafiły przetrwać nawet późniejsze wyjazdy do Niemiec.
Jej opowieść przypomina również, jak wielką wartość mają wspomnienia najstarszych mieszkańców. Wiele miejsc, o których mówi, już nie istnieje albo zmieniło swoje przeznaczenie. Pozostały jednak historie, które warto zapisywać i przekazywać kolejnym pokoleniom.
Bo powojenna historia Olszyny to przede wszystkim historia ludzi, którzy tutaj przyjechali, pracowali, zakładali rodziny i tworzyli życie naszej miejscowości.
A jedno zdanie Pani Gertrudy chyba najlepiej oddaje atmosferę całej rozmowy:
„Fajnie się tutaj mieszkało. Naprawdę fajnie było.”
Wywiad został opracowany redakcyjnie na podstawie wspomnień Pani Gertrudy Jakubowskiej. Nie stanowi dosłownego stenogramu rozmowy. Wypowiedzi zostały uporządkowane i stylistycznie wygładzone z zachowaniem sensu relacji rozmówczyni.
Rozmawiał i opracował: Łukasz Lisiowski







Komentarze (0)
Jeszcze nikt tu nie napisał — może to Ty będziesz pierwszy?